ŚWIADECTWA

Świadectwo z rekolekcji w Białej 13-17.08.2014

Czas rekolekcji w Białej od 13-17 sierpnia 2014 był czasem bardzo trudnym dla mnie. Jechałam pełna obaw i niechęci. Czułam się wypalona, zniechęcona i zgaszona wewnętrznie i w głowie uparcie krążyła mi myśl, że to będą moje ostatnie rekolekcje w tej wspólnocie. Nie miałam siły nawet jej odganiać.
Temat przewodni rekolekcji dotyczył Eucharystii. Jednak wątek, jaki wysnułam po całości wysłuchanych konferencji pokazywał zupełnie ukryte dno i temat, jaki był dla mnie najważniejszy, a mianowicie temat pokornej służby, który nieodłącznie jest związany z misją każdego chrześcijanina.
Bycie dla innych, pokorne umywanie nóg innym i co dla mnie trudniejsze: przyjmowanie Jezusa, jako sługi, który mi osobiście umywa nogi. Jezus upadający do moich stóp, klęczący przede mną w postawie uniżenia. Bóg-Jezus w pokorze i w ciszy umywający moje serce. Bez słowa wyrzutu, bez zniechęcenia, bez odrzucania mnie, jako grzesznika. Wpatrujący się we mnie z troską i miłością. Przebaczający.
Pan przypomniał mi wydarzenie sprzed kilku lat, kiedy to będąc na Mszy św. w Bydgoszczy rozważałam właśnie ten sam fragment z Ewangelii dotyczący umywania nóg (J. 13, 1-17) i wtedy podobnie jak Piotr powiedziałam w sercu: Panie ty jesteś Bogiem, nie możesz mi umyć nóg, głupio bym się czuła. Bóg klęczący przed człowiekiem. I podczas komunii Pan przyszedł z odpowiedzią. Stałam w półkolu, ksiądz wydawał Pana Jezusa osobie naprzeciwko, był zwrócony do mnie tyłem i w pewnym momencie Hostia wystrzeliła w górę i pofrunęła prosto na moje stopy. Ksiądz był zdezorientowany, szukał oczami tej maleńkiej Hostii. I kiedy zobaczył, że Pan Jezus upadł w tak nieoczekiwanym miejscu, uklęknął i delikatnie wziął w ręce Pana Jezusa. A ja stałam jak sparaliżowana, bo to był znak dla mnie, że każda modlitwa jest słyszana przez Jezusa. Żadna myśl zwrócona do Niego nie pozostaje bez odpowiedzi. Wtedy zrozumiałam, że bez Jego uniżenia, bez pokornego usługiwania nie wejdziemy do Królestwa Bożego. Bardzo się wówczas rozpłakałam i dopiero wtedy pozwoliłam Jezusowi na obmycie moich stóp i dałam słowo, że będę pamiętać o pokorze. Ale o niej zapomniałam.
To zdarzenie przypomniało mi się w Białej i poruszyło moje serce tak bardzo, że będąc zła na siebie, zaczęłam obwiniać Boga, zbuntowałam się wewnętrznie. Po co to wszystko mi pokazywał, po co przez te lata trwania przy Nim dał mi tyle różnych znaków Jego obecności, po co przyprowadził mnie do tej wspólnoty, jak teraz konsekwentnie z wszystkiego mnie odziera. 

Zaczęło się spontanicznie. Po kilkunastu latach nie chodzenia na spotkania, zaproszona przez Anitkę w styczniu 2009 roku ponownie przyszłam do wspólnoty pełna euforii i lekkości czułam jak Bóg mnie niesie na skrzydłach wiary. Modlitwa była pełna uniesień. Nic nie było wtedy trudne, służba była pełna znaków i pięknych niespodzianek, wszystkie moje talenty mogłam z radością ofiarować dla wspólnoty i dla dobra jej rozwoju. Widziałam wzrost całej naszej odnowy. Ludzie wydawali mi się mili i sympatyczni. Pokochałam wspaniałych ludzi ze Wspólnoty, odkrywałam przed nimi całe swoje serce. Boża obecność była wręcz fizycznie obecna. Bóg był na wyciągnięcie ręki. Miałam pewność absolutną, że jest ze mną. To był piękny czas. Nie trwał jednak długo.

Po ok. trzech latach mój świat się zachwiał. Bóg jakby zniknął... Ci sami ludzie, którym ufałam bezgranicznie stali się jakby zupełnie inni. Zaczęłam dostrzegać ich słabości, braki, nieszczerość, złośliwość. Nie byli już tacy idealni, za jakich ich uważałam na początku. Osoby, które wcześniej uważałam za godne zaufania zawiodły. Zaczęłam dostrzegać mnóstwo mankamentów, z którymi się nie zgadzałam. Próbowałam o tym mówić, ale nie otrzymywałam odpowiedzi. Obraz wspólnoty i ludzi we wspólnocie uległ takiemu odwróceniu, że wszystko mnie wkurzało. Bardzo ich jednocześnie kochałam, ale i bardzo mnie irytowali. To tak, jakbym ściągnęła różowe okulary i zobaczyła wszystko inaczej. 
Moja ucieczka z Jerozolimy trwała. Wiele razy chciałam odejść. Jednakże za każdym razem, jak wyrzut sumienia, słyszałam głos: I ty chcesz odejść? Ty, której tak wiele pokazałem? Zawsze wtedy płakałam i wołałam o litość. Czasem krzyczałam na Boga, że robi mi to specjalnie, że pozwala na tyle rzeczy, które mnie łamią i sprawiają, że tak źle się zaczęłam czuć.
W odpowiedzi uparcie wracał obraz mojego spotkania z żywym Jezusem- Przebaczającą Miłością i mój akt oddania się Mu jako narzędzie, i że może uczynić ze mną co zechce...

Moja ucieczka z Jerozolimy trwała nadal, ale nie szłam już sama, rozpoczęłam poszukiwania. Zaczęłam zadawać Bogu mnóstwo pytań. Można powiedzieć, że go dręczyłam moją upierdliwością. Dlaczego? Co jest nie tak? Jak ma być? Skoro jesteś taki mądry to mi to pokaż! Nie chcę Cię zdradzić, ale muszę wiedzieć dlaczego nagle się wszystko zmieniło?! Dlaczego w miejscu, w którym mnie postawiłeś jest teraz taki chaos, dlaczego czuję się odrzucana i oskubana ze wszystkiego, co kochałam?! Nie widzę sensu niektórych decyzji. Tych pytań i skarg było dużo więcej.

Powrót do Jerozolimy nastąpił podczas nocnej adoracji. Sam na sam z Jezusem, który powiedział trzy krótkie zdania: Kocham cię. Patrz tylko na Mnie-Ja jestem najważniejszy! Czy jesteś gotowa oddać mi absolutnie wszystko? Te słowa mnie obudziły. Spiorunowały. Jakże to było dla mnie trudne. Wszystko? Nawet Zespół? Czyli już nic mi nie pozostanie, więc jak w takim razie będę miała Ci służyć? Po co mi Boże dałeś te talenty? Kłóciłam się z Bogiem o to „wszystko”. Przecież już tyle dałam.
Czy Bóg nie pokazał mi, jak daje się „wszystko”?  Dał , co miał najcenniejszego-Syna w ofierze z miłości do nas. Abyśmy uwierzyli w Jego miłość i żyli wiecznie.
Zrozumiałam, że zawsze w centrum ma być On. Nigdy ja. Jak strasznie mnie wtedy zapiekło, kiedy mój egoizm, miłość własna, moja pycha i poczucie, że coś znaczę, coś posiadam-zostało odkryte tak wyraźnie. Tak naprawdę nic nie posiadam. Wszystko mam darowane.

Tam podczas tej adoracji zostałam powołana ponownie do służby. Do bycia dla innych, niekoniecznie musi mi być dobrze we wspólnocie. Niekoniecznie wszystko musi się kręcić według tego, co ja chcę i niekoniecznie muszę się czuć ważna. Moją wolą ma być czynienie tego, co chce Jezus. Ja mam być sługą, mam pomagać, mam dawać bez patrzenia, że coś tracę. Mam opatrywać rany. Tak trudno było mi się z tym zgodzić. Nie poznałam Bożego planu, ale z taką wielką żałością zgodziłam się na to Jego "wszystko"-cokolwiek, by to miało znaczyć. Wylałam wiele łez. Jak bardzo byłam Bogu wdzięczna, że tam w tej kaplicy był tylko On i ja. Nikt nam nie przeszkadzał.

Długo się zastanawiałam, czy poprosić o modlitwę wstawienniczą, bo bardzo rzadko korzystam z tych modlitw, tylko w sytuacji, kiedy faktycznie czuję potrzebę. Przez te pięć lat może z 5 razy poprosiłam o modlitwę. Zdecydowałam się i poprosiłam. Potwierdzeniem słów Pana były te same słowa skierowane do mnie podczas modlitwy wstawienniczej, która była następnego dnia. Słowa poznania brzmiały, że Pan chce być w centrum, chce wszystko, chce ogołocenia, nic nie ma stać na przeszkodzie. To było bardzo przejmujące.  Dotarła do mnie jeszcze jedna prawda, że tak jak inni są niedoskonali, tak i ja jestem niedoskonała. Tak jak inni sprawili mi wiele przykrości, tak i ja nieostrożnie sprawiłam im przykrość. Być może ktoś przeze mnie płakał. A przecież bardzo tych ludzi kocham. Chcę ich dobra. 

Dotarło do mnie, że wspólnota to jeden wielki, żywy organizm poranionych przez życie ludzi, ze swoją historią złożoną z ran na sercu. Biednych grzeszników, którzy przyszli tu z różnych względów. Jedni szukali miłości, drudzy akceptacji, jeszcze inni spełnienia się w jakichś rolach, inni wsparcia i poczucia, że nie są sami, ktoś przyszedł za koleżanką, kolegą, ktoś słyszał, że ładnie śpiewają... To wszystko jest ważne, ale...
Zrozumiałam sercem, bo wcześniej tylko umysłem to ogarniałam, że prawdziwa służba i misja wspólnoty jest zupełnie inna-tu przede wszystkim przychodzi się po to, aby spotkać Jezusa i ten, kto go spotkał bezwzględnie jest zobowiązany do tego, aby innym Go pokazać, doprowadzić drugiego do spotkania z Miłością Odwieczną, tak aby i inni mogli się Nim zachwycić i Go pokochać. Po to są charyzmaty, po to Duch Święty wylewa łaskę, abyśmy szli do przodu i nieśli światło oraz byli źródłem życiodajnej wody, która została wlana podczas spotkania z największą Miłością jaką można sobie wyobrazić. Tylko taki fundament jest w stanie przezwyciężyć przeszkody. Przez moje obdarowanie mam służyć jak potrafię najlepiej, bo Pan mnie potrzebuje, by się mną posługiwać. Moim celem jest stawać się podobną do Jezusa, moje „ja” musi obumrzeć, aby wydać owoc służby z miłości, a nie z wyrachowania, czy innych egoistycznych pobudek.

Ludzie wokół, wspólnota i ci, którzy ją tworzą, ani ja sama - niestety idealni nie jesteśmy. Idealny jest tylko Bóg.
Zauważyłam, że ze wspólnotą, jest tak jak z małżeństwem. Na początku jest zachwyt, pięknie, kolorowo, nie widzi się żadnych braków tej drugiej osoby, nie daj Boże, jak ktoś coś złego powie, skrytykuje. Z czasem jednak czar pryska, spadają różowe okulary i przychodzi się mierzyć z szarością brudnych skarpet, śmierdzących gaci, mrukliwością, czy brakiem kultury przy stole. Tego się nie widzi, jak się jest oczarowanym. Wybranek, który wydawał się idealny, wymarzony, okazuje się zwykły, normalny, pełen wad, kompleksów i zranień. Potrafi niszczyć, ranić, odrzucać i jest niemiły. Prawdziwa miłość chyba dopiero się zaczyna w momencie, kiedy się przejrzy i to wszystko odkryje. Bo przecież on nie jest złożony tylko z wad, ma z pewnością wiele dobra w sobie, które trzeba odkryć.

Trzeba niejako dojrzeć do odkrywania dobra w drugim człowieku. We wspólnocie jest to możliwe. Wzajemnie to dobro w sobie odkrywamy. Czasem jest ono głęboko schowane pod ranami życiowymi i trzeba się nieźle namęczyć, nim się je odkopie. Czasem trzeba coś uciąć, poświęcić, aby się dostać w głębiny.
Zrozumiałam, że musimy się wszyscy dopasować do siebie, czyli ktoś odłupuje kawałek siebie, i ja odłupuję kawałek siebie, jak w klockach - musi wszystko pasować, bo nie da się niczego zbudować na klockach z różnych firm. Będą niedopasowane. Żebyśmy tworzyli całość, musimy być jedną i tą samą firmą klocków, czyli być jednego Ducha i jednego serca Jezusa. Inaczej się sypiemy, są luki, powstają puste przestrzenie, gdzie momentalnie wchodzi zły, żeby dzielić.

Proszę Cię Jezu Chryste, abym umiała tak jak św. Paweł świadczyć i żyć według tego, co on powiedział: Obleczcie się w serdeczne współczucie w dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś coś do zarzucenia drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy. Na to zaś wszystko przywdziejcie miłość, która jest spoiwem doskonałości" (Kol 3,12-14)
o.

ŚWIADECTWO BASI I MARKA

Jesteśmy z Tucholi, jesteśmy mężem i żoną. Na Mszę świętą z modlitwą o uzdrowienie w Nowej Cerkwi trafiliśmy w kwietniu 2012 r, gdzie przyjechaliśmy z intencją modlitwy za chorą mamę mojej żony. Wcześniej tak jak wielu ludzi chodziliśmy do kościoła, modliliśmy się i uważaliśmy, że jesteśmy ludźmi pobożnymi. Ta msza święta rozpoczęła przemianę naszego życia. Zobaczyliśmy jak pięknie można się modlić, wielbić Pana Jezusa. Na msze z modlitwą o uzdrowienie jeździliśmy co miesiąc i po kilku takich mszach – w październiku przyjechaliśmy na spotkanie modlitewne Odnowy w Duchu Świętym do Chojnic. Po pierwszym spotkaniu stanęliśmy przed decyzją, czy podjąć uczestnictwo w seminarium Odnowy w Duchu Świętym. Ja początkowo miałem obawy – bo miało ono trwać 10 tygodni, trzeba czytać Słowo Boże, modlić się, a mamy przecież trójkę dzieci i wiele obowiązków związanych z codziennym życiem. Decyzję podjęła moja żona. Dzisiaj mogę powiedzieć, że była to bardzo dobra decyzja – udało nam się znakomicie wszystko pogodzić – modlitwę z życiem codziennym. Co więcej – to co przeżyliśmy przez te tygodnie – tego nie da się opisać słowami. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co nas czeka podczas tego seminarium – było dużo wspólnej modlitwy, napełnienia duchowego, wiele znaków Bożych i wiele radości. Nasze życie stało się innym życiem.Jesteśmy wdzięczni Panu Bogu za to, że mogliśmy trafić tutaj do chojnickiej grupy Odnowy w Duchu Świętym, mimo iż jesteśmy z Tucholi. Dziękujemy wam wszystkim z tej grupy za to, że pokazaliście nam, jak wspaniale można kochać i wielbić Pana Jezusa. Chwała Panu! W piątym tygodniu seminarium, wtedy gdy Słowo Boże nas oczyszczało  i uwalnialiśmy się z grzechu – oddając Panu Bogu swoje grzechy obecne i te z przeszłości, zorientowaliśmy się, że będziemy mieli kolejne – czwarte dziecko. Nie było to naszą wolą lecz wolą Pana Boga. Przez pierwsze godziny ogarniał nas lęk i obawa czy zdołamy wychować to dziecko, czy będzie zdrowe, że my już jesteśmy za starzy. Podczas wieczornej modlitwy różańcowej wszystko to oddaliśmy Matce Przenajświętszej. Wtedy otrzymaliśmy spokój serca. Kolejnego dnia rozważając kolejną katechezę naszego seminarium otworzyliśmy Biblię w dowolnym miejscu i tam napotkaliśmy Ewangelię Świętego Łukasza - Zapowiedź narodzenia Jana. Słowa, które przylgnęły do naszych serc, to słowa: „Weselcie się i radujcie z narodzenia tego dziecka, a wielu będzie również cieszyć się z tego narodzenia”. Wierzymy, że wzrostem naszego dziecka w moim łonie zajmuje się sam Pan Bóg i niczego się nie lękamy ani nie obawiamy.Dziękujemy za to, że mogliśmy spotkać tę Odnowę i możemy kochać i wielbić Pana Boga. Bądź uwielbiony Panie Jezu. Tobie chwała i cześć i uwielbienie w Najświętszej Maryi Pannie.
Basia i Marek

ŚWIADECTWO A.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Modlitwa ojca Bashobory nade mną uwolniła mnie z ataku złego na mnie, z czego nawet sobie nie zdawałam spraw i  nikt z pewnością nie wiedziałby, co się ze mną dzieje, gdybym nie spotkała ojca Bashobory. Byłam praktykującą katoliczką, ale w młodości ktoś parokrotnie zaprowadził mnie do bioenergoterapeutów.
Zaczęłam wierzyć w horoskopy i inne bzdury, jak linie papilarne na dłoni, wróżby itp., w końcu sama, będąc już dorosłą kobietą poszłam do gabinetu medycyny niekonwencjonalnej. Zaczęło się bardzo źle dziać u mnie w domu. Dobry Pan Bóg zlitował się nade mną i posłużył się ojcem Bashoborą, żeby mnie od tego wszystkiego uwolnić i żebym wiedziała kim jestem, mianowicie Dzieckiem Bożym, które On bardzo kocha.
A.

ŚWIADECTWO DARII 
Na imię mam Daria mam 28 lat, urodziłam się i mieszkam w Chojnicach . Od dziecka, a dokładniej od 11-stego roku życia cierpiałam na arytmię, która objawiała się uciążliwym kołataniem serca, tak naprawdę w tamtych czasach żadni lekarze nie wiedzieli co mi jest-oczywiście jeździłam przez jakiś czas do specjalistycznej placówki  "Centrum Zdrowia Dziecka",  która mieściła się w Bydgoszczy, miałam robione przeróżne badania, z których nic z nich nie wynikało. A ja z biegiem czasu także radziłam sobie z tym problemem coraz lepiej, nauczyłam się jak sobie pomagać, radzić. Nawet przez jakiś czas myślałam, że tego po prostu już nie mam, tak jak lekarze mówili, że może po prostu z tego wyrosnę, ale się pomyliłam. Gdy byłam już nastolatką serduszko zaczęło dawać o sobie znać jeszcze bardziej, niżeli kiedyś, coraz częstsze ataki, w nocy potrafiły mnie przebudzić, a szczególnie latem się nasilały, nawet dochodziło do tego, że robiło mi się słabo, co było okropnym uczuciem i strachem gdzieś podświadomości o własne życie.
I znowu zaczęły się wizyty u kardiologa, badania. Pewnego dnia bardzo źle się poczułam, więc rodzice zabrali mnie do ośrodka zdrowia na dyżur, ponieważ była to sobota, serduszko jak zwykle waliło mi jak oszalałe, a lekarzowi zależało, by w tym momencie było zrobione EKG, bo tylko wtedy będzie mógł stwierdzić, co mi dokładnie jest. Zrobiono mi badanie i  z tym wynikiem stawiłam się u kardiologa, diagnoza brzmiała:  Częstoskurcz napadowy nadkomorowy, inaczej mówiąc rodzaj arytmii. Niestety, w tym przypadku żadne leki nie pomagały, dostałam więc skierowanie do Akademii do Gdańska celem ustalenia daty zabiegu na sercu, ponieważ lekarz powiedział, że nie ma co z tym zwlekać, że z wiekiem będzie jedynie coraz gorzej, nawet utrata przytomności, omdlenia. Bałam się bardzo, tym bardziej, że taki zabieg (ABLACJA SERCA) odbywa się tylko w znieczuleniu miejscowym z pełną świadomością. Wcześniej brałam także udział w Rekolekcjach z Ojcem Jamesem Manjackalem - prosiłam Boga o to, by mnie uzdrowił, bym nie musiała poddawać się temu zabiegowi, ale niestety ataki się powtarzały jeszcze kilka razy. Bóg miał innym plan, wiec nic innego nie pozostało mi, jak stawić się w tym konkretnym dniu na odział, a było to dokładnie od razu po świętach Wielkanocnych. Pamiętam jaka byłam przerażona, wszystko działo się tak szybko. Leżałam na stole operacyjnym- pamiętam do dziś to niemiłe uczucie i ból, który towarzyszył przy przepychaniu się z tętnicy szyjnej do serca i dwóch żył udowych w których działo się dokładnie to samo, potem czułam już każdy ruch w sercu który wykonywali, wywoływali prądem arytmię by ją uaktywnić i zobaczyć dokładnie w którym miejscu w sercu ona występuje a okazało się, że potrafi być ona naprawdę w wielu miejscach, następnie przypalali prądem miejsce w którym ta arytmia rzekomo występowała, i tak spędziłam na stole ponad 3 godziny, byłam już naprawdę zmęczona, ale niestety arytmia jak była-tak była w końcu pan doktor powiedział, że próbują ostatni raz, ponieważ są zbyt głęboko zbyt blisko pęczka HISA, co grozi na trwałe uszkodzeniem serca i wszczepieniem rozrusznika. Pytał mnie wówczas ile mam lat i stwierdził, że jestem za młoda . Ja przed tą ostatnią próbą zaczęłam wzywać wszystkich Świętych, gdzieś w myślach mówiłam do Boga, dlaczego mnie nie wysłuchałeś? Dlaczego mam przechodzić po raz drugi to samo?! No i niestety zabieg zakończył się niepowodzeniem, co naprawdę zdarza się bardzo rzadko, ja zaczęłam płakać, że za 3 miesiące czekać będzie mnie to samo, ale jakoś co było dla mnie zaskoczeniem od tamtego czasu atak nie powtórzył się ani razu.  Miałam leki, które po ablacji musiałam zażywać, by nie obciążać serca. Latem były kolejne rekolekcje z udziałem ojca Jamesa. Wówczas było to ok. 2 miesiące od zabiegu zabiegu i wtedy Ojciec także wspomniał, że przechodził taki sam zabieg na sercu, co było dla mnie znakiem i gdy w czasie modlitwy powiedział dobitnie Daria łaska płynie do Ciebie - jesteś uzdrowiona uwierz !!! ponieważ miałam z tym gdzieś tam problem, ale otworzyłam się na tę łaskę. Potem przyszedł sierpień i zbliżał się kolejny termin zabiegu lekarz do mnie zadzwonił i pytał się jak się czuję, a ja odparłam że dobrze, że jak na razie nie miałam ataku żadnego, co go troszkę zdziwiło i powiedziałam, że jak na razie nie będę się poddawać kolejnej ablacji tym bardziej, że było to lato. Wiec pan doktor się umówił ze mną tak, że jak tylko się atak pojawi, to od razu mam się do niego zgłosić i będziemy natychmiast robić zabieg, no ale atak jak się nie powtarzał tak się nie powtarzał i tak minęło około 2-3 miesięcy, a ja byłam umówiona na wizytę kontrolną, wiec pojechałam. Byłam jeszcze wówczas na lekach nasercowych, po czym pan doktor stwierdził, że być może one po prostu blokują, że nie dochodzi do ataku, próbował mi tłumaczyć, rysował na kartce, jak to wygląda, ale widziałam, że sam nie wierzył w to, co mówił, a chciał mi jako pacjętce wytłumaczyć logicznie wszystko, ale ja i tak wiedziałam swoje. Pytał się mnie, jak często te ataki występowały, wiec powiedziałam, że nawet kilka razy dziennie, że codziennie. Naprawdę był bardzo zdziwiony, wręcz mi nie dowierzał, a wynikało to z doświadczenia innych pacjentów.
Umówiliśmy się wiec tak, że od jutra odkładam tabletki. Zrobiłam to, ale także z takim małym lękiem, co będzie, tym bardziej, że mam bardzo wrażliwą naturę, no ale dalej czułam się dobrze. Ataki się nie powtarzały. Za jakiś czas, za kilka miesięcy znów byłam umówiona na wizytę kontrolną i znów to samo zdziwienie, te same pytania. Znów coś tam próbował mi tłumaczyć, a ja uśmiechnięta tylko siedziałam i słuchałam. Miała być to wówczas moja ostania wizyta, ale gdzieś tam panu doktorowi nie dawało to spokoju i kazał przyjechać mi za pól roku - to miała być już taka proforma, czy na pewno wszystko jest ok. Minęło te pól roku - spotkałam się z panem doktorem i mówię, że naprawdę wszystko jest ok, że ataków nie ma, zakańczając rozmowę zażartował sobie mówiąc, więcej takich nieudanych ablacji .
Obecnie od zabiegu minęło 2,5 roku, a atak nie powtórzył się ani razu, z czego jestem bardzo szczęśliwa.
Dziś wiem, że Pan Bóg miał plan -  dopuścił do zabiegu, choć go bardzo nie chciałam, ponieważ inaczej nie ukazałaby się Jego chwała. Uczynił to po to, by mi udowodnić, że lekarze nieraz zawodzą, ale Pan Bóg nigdy! I Chwała Panu za to !!!

Świadectwo Ewy z Sopotu
Moje świadectwo jest o odkryciu Ducha Świętego.
Od 20 lat należę do Ruchu Rodzin Nazaretańskich. Głównym nurtem tego ruchu jest droga do Jezusa poprzez Maryję. Uczestniczyłam w wielu spotkaniach i co roku wjeżdżałam na rekolekcje. Ale w duszy mojej ta wiara była nieożywiona. Odkrywałam swoją nędzę duchową z której się spowiadałam, lecz nie odkrywałam radości z bycia ukochanym dzieckiem Boga. Nie dlatego, że Ruch tak nauczał, ale dlatego ,że wewnątrz mnie było kamienne serce i stary człowiek.
W parafii spotkałam młodzież, która z radością uczestniczyła we Mszy Świętej. Zaczęłam uczęszczać na te msze. Msze na których Pan był wychwalany w radości! Ogłoszono zapisy na "Kurs Filipa". Zgłosiłam się i
poszłam. Wstyd mi dziś powiedzieć- niewiele pamiętam , tak bardzo byłam zamknięta na miłość Boga. Ale  Bóg już wtedy dotknął mojego serca, zamontował lont od bomby swej miłości , która miała rozkruszyć skorupę na nim (sercu).  Potem były 2 wyjazdy do Medjugorie, następnie do Obór z modlitwą o uzdrowienie; ale moje serce nadal było "martwe".
Uważałam ,że żyję przykładnie jak na obecne czasy. Gdy koleżanka powiedziała mi o rekolekcjach na których  będzie modlitwa o uzdrowienie wielopokoleniowe- od razu powiedziałam TAK bo poczułam,że tam muszę być. Moja rodzina bardzo choruje. Opiekuję sie tatą chorym od 30 lat na SM; sama przeszłam nowotwór oka w wieku 2 lat-straciłam je, potem miałam 30 operacji rekonstrukcyjnych bo naświetlania zrobiły duże spustoszenia tkanek; mój brat urodził się upośledzony i zmarł ( miał niecałe 2 lata), babcie umarły na nowotwory...itd  Ja choć żyję nie założyłam rodziny.
 Zatem będąc przekonana ,że Pan mnie zaprasza na te rekolekcje przyjechałam na nie do Chojnic na spotkanie z O. Jamesem Maniakalem. Drugiego dnia rekolekcji usłyszałam iż te osoby, które dopiero pierwszy raz uczestniczą w rekolekcjach prowadzonych przez O.Maniakala powinny opuścić salę. Poczułam ogromny ból w sercu i zwątpienie- jak to ? Najpierw Bóg mnie zaprosił, a teraz mam wyjść? Tak bez uzdrowienia?!!!!!!!!!  ??????
Ale w duchu posłuszeństwa podeszłam do Ks.Jarosława Kaźmierczaka z pytaniem czy mogę pozostać. Otrzymałam błogosławieństwo i zgodę. Podczas uzdrawiania poprzez przebaczenie płakałam jaj bóbr ( lont bomby miłości został przez Boga odpalony). A gdy odbywało się nakładanie rąk po raz pierwszy  zasnęłam w duchu. Gdy wstałam ,odczułam wewnętrzny pokój i radość, chciało mi sie płakać i śmiać jednocześnie. Po raz pierwszy z radością  zaczęłam klaskać w dłonie i wychwalać Pana. Skorupa serca rozsypała się na dobre! Chwała Panu!!!!
 Po powrocie do domu zapragnęłam uczestnictwa we Mszy Świętej codziennej. Po raz pierwszy też poczułam w sercu bardzo  mocno, że zraniłam Jezusa. Pan zaczął odsłaniać mój prawdziwy  grób pobielany mej duszy.  Zaczęłam uczęszczać na spotkania grupy Emaus. Odeszłam z grupy wsparcia przy  hospicjum, gdyż dostrzegłam niepokojące  metody tzw. relaksacji prowadzone przez terapeutkę. Podczas rozmowy  z nią tylko się utwierdziłam w słuszności tej decyzji. ( przykład- opowiedziałam jej o moim  uczestnictwie w rekolekcjach ,w odpowiedzi usłyszałam - "tak czułam ,że masz w sobie inną energię", powiedziałam o tym iż
powyrzucałam wszystkie  drzewka szczęścia, słoniki itp- odpowiedź- "rozumiem oczyściłaś meridiany")
Dziś 12XI o godz. 15 jest Msza za tą grupę o wylanie łask miłosierdzia Bożego . Nie podobało jej sie to.
 Pan uzdrawia mnie nadal, choć szatan zebrał szyki bo poczuł że ja chcę być bliżej Boga. Tuż przed samymi rekolekcjami z O.Bashoborą stanęłam wobec bardzo trudnej sytuacji. Oddałam ją Bogu i wiem ,że tylko  będąc z Nim zła się nie ulęknę. 
 Nie wiem jeszcze jakich łask udzielił mi Bóg na tych rekolekcjach. Z pewnością da mi siłę do przeciwstawianiu się złu. Polecam się modlitwie !
Ewa z Sopotu

Świadectwo Justyny Ś.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Mam na imię Justyna i chciałabym krótko zaświadczyć o mocy Boga. Podczas Eucharystii, pierwszego dnia rekolekcji kiedy padły słowa, iż Jezus chce teraz przez kapłanów błogosławić i uwalniać od lęku przed głoszeniem Go, z radością wyskoczyłam jak z procy do tej modlitwy. Od kilku miesięcy bowiem nosiłam taką intencję w sercu. Następnie, wracając do domu przed blokiem przyjaciół, gdzie przebywałam, napotkałam trzech mężczyzn pijących piwo, którzy przeklinali, więc zwróciłam im uwagę. To ich zaintrygowało, ponieważ jak mówili stoją tu od kilku lat i jeszcze nikt im uwagi na nic nie zwrócił. Sami zapytali skąd jestem i co ja tu robię. Mówili też, że to bardzo odważne z mojej strony, ze ich upomniałam. Przez następną godzinę rozmawialiśmy o Jezusie. Powiedziałam im, że jeśli próbowali już wszystkiego w życiu to niech teraz wypróbują Jezusa. Oni na to, że nie są materiałem do nawrócenia. A ja na to, że w życiu jest coś więcej niż narkotyki, sex i alkohol, oraz że każdy ma w sobie pragnienie Boga, nawet jeśli sobie tego nie uświadamia. Temu, który mówił najwięcej, zarzekał się, że jest mu dobrze tak jak jest i, że nie wierzy w Boga, odpowiedziałam: ale to, że ciągniesz ten temat, pytasz i chcesz, żeby Cię przekonać świadczy o tym, iż jesteś poszukujący. Zaniemówił wówczas. Padło jeszcze wiele innych słów, chociażby o osobistej relacji z Jezusem. Chcę powiedzieć przez to, iż to sam Duch Św. był inicjatorem i prowadził tę rozmowę. To On sam mówił, nie ja. Czułam, że wkłada mi w usta słowa, które są potrzebne, aby oni je usłyszeli. A kiedy weszłam do domu uświadomiłam sobie, że podczas tej rozmowy nie było we mnie żadnego lęku, absolutnie żadnego, żadnej obawy: czy wystarczy mi argumentów, co sobie pomyślą, itd. Rozmawiając z nimi czułam się bardzo swobodnie i naturalnie. To sam Jezus wyzwolił mnie z tego lęku, bo mam w sobie pragnienie aby głosić Go z mocą zwłaszcza tym, którzy jeszcze o nim nie słyszeli. Dziękuję Ci Jezu. Chwała Panu!!!
Następnego dnia, czyli drugiego dnia rekolekcji dowiedziałam się od osoby, która mnie wtedy odprowadzała (porządkowy), że mężczyźni, z którymi rozmawiałam, to byli recydywiści i dilerzy narkotyków. Zawierzyłam ich Niepokalanemu sercu Maryi, aby Ona przyprowadziła ich do Jezusa.
Piszę również dlatego, aby prosić Ciebie ojcze Johnie, wszystkich obecnych tam Kapłanów i uczestników tych rekolekcji, abyście się modlili za tych młodych chłopaków. Wierzę, że równoczesna modlitwa ponad 1100 serc, zostanie wysłuchana od razu. Ogromnie Bóg zapłać, pozdrawiam wszystkich w Chrystusie Panu
OJCZE JOHNIE BARDZO DZIĘKUJĘ ZA GŁOSZONE SLOWO I MODLITWĘ

Świadectwo Krzysztofa
Przyjechałem na rekolekcję z O.Bashoborą z dość sceptycznym nastawieniem za namową mojej żony.
Pierwszego dnia do południa, widząc i słysząc rozradowany tłum ludzi, zastanawiałem się co ja tu robię. Pewnie, gdyby te rekolekcje trwały w pobliżu mojego domu wyszedłbym i więcej nie wrócił. Jednak odległość ponad 300km spowodowała, że zostałem. Zaczęło coś się zmieniać podczas konferencji o. Bashobory, coś mnie tknęło, jakby ktoś opowiadał o moim życiu. Teraz już nie pamiętam, co to było, ale wiem że słowa docierały do mnie dość mocno. Pierwszego dnia poszedłem do spowiedzi. Poczułem niesamowitą ulgę na sercu, ale jak się później okazało dopiero trzeciego dnia, gdy ponownie przystąpiłem do spowiedzi poczułem niesamowitą lekkość.
Na widok Najświętszego Sakramentu płakałem jak małe dziecko, nie mogłem powstrzymać łez. Trzeciego dnia nastąpiło u mnie uwolnienie, nie wiedziałem co się ze mną dzieje, zacząłem krzyczeć i płakać, a później osunąłem się na krzesło. Teraz już wiem, że to było działanie Ducha Świętego, który uwolnił mnie od strasznego nałogu, jakim była przez długie lata pornografia i wszystko złe, co się z nią wiązało. Do tej pory nie modliłem się prawie nigdy, czasami odruchowo przed snem robiłem znak krzyża, ale przeważnie kładłem się spać myśląc o wszystkim, ale nie o Bogu. W niedzielę na Mszę chodziłem bardzo rzadko, często namawiając do tego żonę, by została w domu i obejrzała ze mną jakiś "ciekawy" film.
W tej chwili minął miesiąc od rekolekcji w Chojnicach. Czuję się uzdrowiony z nałogu, jakim była pornografia. Nie czuję potrzeby sięgania po materiały pornograficzne, które oczywiście od razu po przyjeździe usunąłem z naszego domu, komputera itp. Codziennie modlimy się żoną przed pójściem spać.  Nie wyobrażam sobie uczestnictwa we mszy Św. bez przyjęcia komunii Św.
Czuję, że to nie koniec darów, jakie szykuje dla mnie Pan nasz Jezus Chrystus.
Chwała Ojcu, i Synowi i Duchowi Świętemu !!!
Krzysztof


Świadectwo Sławka
Rekolekcje, w których uczestniczyłem przywróciły mnie tam ,gdzie kiedyś już byłem. Nie miałem konkretnych oczekiwań w zamian za uczestnictwo w nich. Za to moja kochana Żona ciągle wypominała, że „ po rekolekcjach to już chyba przestanę pić ”. Nie wydawało mi się, abym miał z tym problem, ale też nie wyobrażałem sobie dnia bez „dawki” alkoholu.
Podczas pierwszego dnia Opaczność Boża sprawiła ,że nie zdążyłem się wyspowiadać. Dlatego drugiego dnia mogłem lepiej się przygotować i po spowiedzi świętej mogłem bardziej się otworzyć na działanie Jezusa .Po trzecim dniu wiedziałem już ,że jestem  z tego nałogu uzdrowiony .Żadne słowo nie odda w pełni moich wrażeń jakie odniosłem,  podczas kiedy Pan Jezus „przechadzał” się po hali podczas wieczornych adoracji. Moje życie zmieniło się. Jestem zdrowy . Jestem wolny.
Teraz więcej dostrzegam …Zdałem sobie sprawę ile osób i różnych spraw mam do otoczenia codzienną modlitwą. Tyle jeszcze do zrobienia…
Za wszystko czego doświadczyłem podczas Rekolekcji i czego nie potrafię opisać.
CHWAŁA OJCU I SYNOWI I DUCHOWI ŚWIĘTEMU!
Dziękuję za „czwórki” ,które będą się za siebie modlić-to wspaniały wynalazek, który pomoże nam osiągnąć Niebo. Dziękuję wszystkim tym , dzięki którym mogłem to wszystko przeżywać; Ojcu Johnowi, kapłanom, zespołowi Dzieciątka Jezus, organizatorom. I wszystkim, dzięki którym możliwe było to spotkanie z Jezusem.

Sławomir

Świadectwo Tomka
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Chciałbym opowiedzieć Wam, jak mocno przemienił moje życie Pan Bóg i jak wiele w tym życiu czynił i czyni nadal.
Ogólnie w moim życiu różnie było z moją wiarą. Najpierw średnio przykładne wychowanie po katolicku w domu. Później antyklerykalizm, słaby ateizm. Starałem się wracać do Boga od czerwca 2006 roku, kiedy to pierwszy raz samemu, świadomie i dobrowolnie zadecydowałem o swoim życiu, zdecydowałem się przyjąć sakrament Bierzmowania, kiedy to duszpasterze napominali nas, żeby nie sugerować się względami ludzkimi jak na przykład rodzina. Od tamtej pory moje życie zaczęło systematycznie ulegać zmianom.
Następnym bliskim spotkaniem z Bogiem były jedne z rekolekcji parafialnych, na które – z początku niechętnie – pojechałem. Tam Bóg pochylił się nade mną wyraźnie. Kiedyś byłem strasznym pesymistą i nieszczęśliwym romantykiem, miałem też kilkakrotnie myśli samobójcze. Od dwóch lat jestem pełnym optymistą - teraz powiedziałbym nawet – jak w tym kawale – że widzę na cmentarzu same plusy; czuję się wolny od emocjonalnych zniewoleń: miałem za sobą kilkanaście zakochań zbliżonych do Wertera, od dwóch lat ani jednego takiego. Od tamtej pory jeszcze bardziej starałem się przylgnąć do Chrystusa i Jego nauk.
W tym roku trafiłem do Somianki, na rekolekcje ojca Jamesa Manjackala, misjonarza i charyzmatyka z Indii. Przy zapisach powiedziano mi, że jak nie miałem styczności z tego typu rekolekcjami, to będzie to dla mnie wydarzenie życia. Przyjąłem te słowa z rezerwą, od trzech lat systematycznie wzrastałem w wierze i wydawało mi się wszystko w porządku. Ale miała rację, były to najpiękniejsze i najmocniejsze dni mojego dotychczasowego życia, kiedy Bóg objawił swoją chwałę i niesamowicie mnie przemienił i umocnił.
Wcześniej krytycznie podchodziłem do uzdrowień, twierdziłem, że skoro ktoś jest chory, to to widocznie jego krzyż i należy go nieść. W czasie adoracji i modlitw o uzdrowienie coś mnie tknęło, zacząłem zmieniać swoje nastawienie. Zacząłem coraz wyraźniej w duchu mówić mniej więcej tak: „Panie Boże, nie jestem jeszcze pewien, ale jeżeli chcesz, to uzdrów mnie proszę z astmy i alergii, ucieszyłbym się. Ty stworzyłeś cały Wszechświat więc żadne uzdrowienie nie jest dla Ciebie trudnym. Ale jeżeli tego nie dokonasz, zaakceptuję to”. Jeszcze tego samego dnia w czasie modlitwy ojciec James kazał nam położyć rękę na sercu, zamknąć oczy i wsłuchać się w głos sumienia, czy bliżej nam do Chrystusa, czy do Szatana. Poczułem niepokój. Myślałem sobie: „do Szatana na pewno nie, w końcu w poniedziałek byłem u spowiedzi, i nie chcę mieć z nim do czynienia, ale do Chrystusa... coś mi nie pozwala powiedzieć, że jest mi do Niego blisko, czegoś brakuje, coś mi ciąży”.
W piątek zatem najpierw odbyłem spowiedź z całego życia, mówiąc o wszystkim co specjalnie zapominałem albo ciążyło mi na sumieniu, a po niej poszedłem do ojca Jamesa poprosić o modlitwę. Uczyniliśmy znak krzyża, położył na mnie ręce i zaczął się modlić. Nieodpowiednio do tego podszedłem, zamiast skupić się na modlitwie, czekałem, czy zacznę się czuć lepiej, albo czy będę czuł jakieś ciepło w klatce piersiowej gdyż słyszałem, że wielu ludzi w trakcie uzdrawiania czuło ciepło na chorych miejscach. Zauważyłem jedynie że drżą mu ręce i modli się w językach. Po modlitwie ojciec odprawił mnie słowami: „jesteś uzdrowiony”. Wstałem i poszedłem, targany jednak wątpliwościami. Bałem się, że Bóg mnie nie uzdrowił z powodu mojej postawy. Później wątpliwości zaczęły mnie tak bardzo ogarniać, że poczułem w sercu straszne przygnębienie, że przez trzy lata mojego nowego życia na ścieżkach wiary wierzyłem chyba tylko w sferze rozumu, woli i świadomości, ale to wszystko nie docierało do mojego serca, czułem jak gdyby było zamknięte na to wszystko. Także racjonalistyczne dyskusje sprawiły, że wiele zjawisk uzasadniałem tylko nauką, przez co zabrałem Bogu wszelkie pole do działania w moim życiu. Zacząłem rozpaczać, wierzyłem we Wszechmocnego Boga, a nie potrafiłem uwierzyć w uzdrowienie tylko dlatego, że nic nie czułem! Koleżanka przypomniała, że ojciec James opowiadał, jak był chory na serce i że kiedy był uzdrawiany, też nie czuł ciepła czy czegokolwiek, co by mu sugerowało uzdrowienie. Później jeszcze dotarło do mnie, że ojciec James ma większą wiarę ode mnie i że działa przez niego Duch Święty, co było widać w ciągu tych rekolekcji, więc skoro mówi mi „jesteś uzdrowiony”, to nie ma powodu bym nie uwierzył. Uwierzyłem więc, stan mojej duszy po zwątpieniach powoli się poprawiał, a dalej pomogły mi w tym modlitwy o uzdrowienie wewnętrzne i wylanie Ducha Świętego. Nie mam teraz wątpliwości, że Jezus mnie uzdrowił. Od 2000 roku chorowałem na astmę i alergię, oddechową i pokarmową. Uczulony byłem na wiele rzeczy, większości dostępnych produktów nie powinienem spożywać. Przez kilka ostatnich miesięcy przed rekolekcjami oddychałem ustami, nie miałem węchu a smak stępiony, nie mogłem nijak nosa udrożnić. Astmę najłatwiej zauważałem po sprincie przez ok. 50m - szybkie tętno i ciężka zadyszka przez 5-10 minut. Jakiś czas temu pytałem lekarza czy można przeprowadzić odczulenie lub wyleczyć mnie z astmy. Powiedział, że tak już zostanie i abym brał leki objawowe. Po rekolekcjach z dnia na dzień zacząłem mieć coraz bardziej drożny nos, dziś mam drobny problem z powodu zapalenia zatok, jednak mogę oddychać nosem. Sprawdzenie uzdrowienia odnośnie astmy nastąpiło niechcący. Chcąc porozmawiać z jedną koleżanką przebiegłem około ośmiuset metrów, z czego ostatnie ok. 30 sprintem, i zadyszka trwała tylko 4 minuty! Chociaż od dawna nie biegałem, a od czerwca nie uprawiałem żadnego sportu.

Kulminacyjnym punktem, w którym Bóg bardzo mnie przemienił, była właśnie modlitwa o uzdrowienie wewnętrzne i modlitwa o chrzest w Duchu Świętym... Doświadczyłem spoczynku w Duchu Świętym, wtedy najwyraźniej poczułem obecność i bliskość Boga. Czułem też potem w czasie modlitw ciepło w dłoniach i klatce piersiowej, którego wcześniej tak żałowałem. Czułem też wyraźne ciepło w oczach tego i następnego dnia. Myślałem, że Pan uzdrawia mój wzrok, ale nic się nie działo. Teraz wiem, że Jezus uzdrowił mój wzrok ale w innym sensie, zaraz do tego wrócę.
To doświadczenie przymnożyło mi radości i pokoju, także wiary. Choć to nie ma dla niektórych wartości poznawczej, to ja jestem w pełni przekonany co do tego, że Bóg istnieje, jest obecny wśród nas i stale w nas działa poprzez Ducha Świętego i wierzę, że tylko Bóg jest mi w stanie tę wiarę odebrać. Odczułem wtedy niesamowicie wyraźnie obecność i bliskość Boga. Od dwóch lat zaczynałem czuć w sercu pokój i radość, teraz jest to jednak mocniejsze.
Nie pamiętam bym od kilkunastu lat powiedział rodzicom, że ich kocham. Być może mój dystans był wywołany piciem mamy oraz ciężkimi i częstymi kłótniami rodziców, kiedy ranili siebie nawzajem, gdzie nawet zdarzyło im się mnie pytać, za kim pójdę, jak się rozwiodą. Chciałem się od tego odciąć i nie cierpieć niepotrzebnie. Nie lubiłem i wzbraniałem się przed mówieniem komukolwiek „dziękuję”, „przepraszam”, „kocham”, czułem się niegodny używać te słowa. I tak okazywałem miłość rodzicom czasem jedynie przez przytulenie, natomiast przez te wiele lat, do czasu rekolekcji, nie wyszło ze mnie tak od siebie „kocham was”. Po modlitwie o wylanie Ducha Świętego powiedziałem im to przez telefon, a jak wróciłem do domu, powtórzyłem na żywo. Nasze relacje ulegają poprawie.
Po powrocie zauważyłem kolejne trzy rzeczy – zacząłem szybko zasypiać, po paru minutach od położenia się, nawet jak coś zjem krótko przed snem, choć wcześniej wierciłem się i rozmyślałem przez kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt minut przed zaśnięciem. Wcześniej także często miewałem bóle głowy, których nie przerywały tabletki, a które kończyły się długo po północy, gdy zaczynałem wymiotować jedzeniem, które mi zalegało na żołądku. Od powrotu z rekolekcji jak na razie kilka razy mnie bolała głowa, ale ani razu nie miałem problemów z żołądkiem czy snem! Do tego przeważnie jestem bardziej wytrwały na modlitwie, nie kotłują już mi się myśli w jej trakcie, modlitwa jest łatwiejsza i bardzo przyjemna, nie licząc okresów strapienia duchowego.
W wieku 13 lat zacząłem zatapiać się w nałogu masturbacji i pornografii, co potem zezwierzęciło moje spojrzenie na kobiety, byłem ogarnięty nieczystością wzroku i myśli. Kiedy jakaś ładna kobieta szła na ulicy, potrafiłem patrzeć na nią i wymyślać sobie różne rzeczy dopóki nie zeszła mi z pola widzenia, czasem przyspieszałem kroku, by móc dłużej popatrzeć. Gdyby jakaś stanęła albo usiadła obok mnie, myślałbym jak niby przypadkiem zawadzić o nią ręką. Po powrocie do Boga miałem z tym jeszcze większe trudności, często czułem do siebie wstręt, nie chciałem chodzić do spowiedzi wiedząc, że zaraz znów upadnę. Teraz, po 12 tygodniach od rekolekcji widzę, że w tej materii właśnie Bóg uzdrowił mój wzrok. Od tamtej pory ani razu nie miałem pokus by oglądać pornografię, nie mam też problemów w rzeczywistości. Spojrzeć mi się zdarza, to normalne, ale myślę sobie wtedy na przykład „piękna kobieta, chwała Panu” i tyle! Nie upajam się tym widokiem, nie rozbieram jej w myślach ani nic z tych rzeczy. Także w kościele po powrocie raz usiadła obok mnie kobieta w miniówce. Nie zwracałem jej uwagi że to niestosowne bo jej facet był wyższy i miał krótsze włosy na głowie niż ja. W każdym razie spojrzałem na te nogi raz jak usiadła, i potem nic, nie ciągnęło mnie do tego!
Także Pan uwolnił mnie od introwertyzmu, nieśmiałości i przesadnego dystansu. Jeszcze przed rekolekcjami nie byłbym w stanie powiedzieć o paru sprawach o których dziś mówię, nawet przed znajomymi, na rekolekcjach zaś mówiłem przed pięćsetosobowym gronem obcych ludzi, bez żadnego stresu czy tremy!
Na początku listopada na modlitwie o uzdrowienie wewnętrzne w czasie seminarium odnowy życia w Duchu Świętym prosiłem Jezusa między innymi, by uwolnił mnie od nawyku skubania palców, który dolegał mi od kilkunastu lat, którego przyczyny nie znałem i nie kontrolowałem go, a miałem przez to szpetne, nierzadko obolałe i pokrwawione palce. Nie czułem – jak przy uzdrowieniu z astmy – czegoś nadzwyczajnego, ale już zaczynam widzieć prezenty, jakie Jezus mi podarował. Czuję ulgę, spokój, że to złe, co było, już minęło i jest nieistotne, nie ma żadnej mocy w moim życiu dzięki Chrystusowi, teraz pozostaje mi starać się współpracować z Jego łaską. Skubanie ustąpiło, moje palce już nie lgną do siebie.

Zaufałem Chrystusowi i nie żałuję tego, pragnę, by tak już zostało. Chwała Panu!

świadctwo Oli
Powiało Duchem w Chojnicach
14 grudnia 2009, w sobotę wieczorem, przyjechała ekipa Mocnych w Duchu. Anita, moja koleżanka użyczyła im na nocleg swoje wielkie mieszkanie. Ja miałam przyjemność przygotowywania im posiłków, wspólnego przebywania i rozmów. Takiego powiewu Ducha Świętego się nie spodziewałam. Atmosfera w domu była niesamowita, nad wszystkimi unosiła się mgiełka miłości. To można było wyczuć namacalnie prawie. Każdy, kto wchodził do Anity mieszkania był porywany do uśmiechu, życzliwości i miłości. Piękny czas jedności całej naszej wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Każdy włożył jakąś cząstkę siebie w to, aby goście mieli co jeść, żeby mieli pod czym spać ( 15 osób to już jest niezła grupka) i żeby się dobrze czuli wśród nas.

Mój mąż dzielnie zajmował się w tym czasie dziećmi-szacun dla ciebie Kochanie. Byłam przez 4 dni wyłączona z życia domowego.
Kiedy pierwszy raz spotkałam Mocnych w Duchu, a było to w Częstochowie w maju tego roku na czuwaniu Odnowy, to byłam urzeczona ich śpiewem-to się dało wyczuć, że śpiewają z wiarą-tzn. był to prawdziwy śpiew z Ducha, a nie popisy artystyczne. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że jeszcze kiedykolwiek ich usłyszę. Potem tak się pięknie złożyło, że pojechałam z koleżankami na Forum Charyzmatyczne do Łodzi, a tam jest Mocnych Ośrodek, więc znowu byłam na "uczcie". Jednak nawet po Forum nie myślałam, że tak szybko się znowu spotkamy. Plany Boże były jednak inne, przyjechali do nas wcześniej, niżby się ktoś spodziewał (plany trasy ewangelizacyjnej mają zaklepane do 2013 roku). U Boga nie ma przypadków!

Teraz, kiedy wyjechali, czas podlewać to, co zasiane. Na Mszy we wtorek, którą prowadzili, autentycznie zstąpił Duch Święty na wiernych, czuło się namacalnie obecność Boga, który patrzył z miłością na swój lud. Ja czułam ogromny spokój i miłość do ludzi. Było mi tak błogo, że gdyby Msza Św. trwała jeszcze z 3 godziny, to pewnie bym tego nie zauważyła. To było, jak przytulanie się Jana do piersi Jezusa podczas ostatniej wieczerzy, albo obejmowanie stóp Mistrza i całowanie ich przez Magdalenę. To była obfita uczta, na którą zaprosił mnie Jezus. Nikt, kto przyjął zaproszenie, nie wyszedł z pustymi rękami.

Jezus działa i żyje wśród nas-teraz w tym czasie, pokazuje swoją moc i przytula do Swojego serca. Otwiera ramiona, żeby przytulić zwłaszcza tych zagubionych i nieszczęśliwych, którzy utracili wiarę w Jego miłosierdzie, którzy w swoim udręczeniu mają tak ściśnięte serce, że już nie potrafią kochać.

Mocni służyli charyzmatem poznania, a Jezus uzdrawiał wielu, którzy przyszli do Niego po pomoc.
Bóg jest Miłością. Wystarczy tylko zapragnąć, otworzyć serce i nie bać się Go, a reszty już On sam dokona.
Ola
Kto ma ochotę i chciałby się podzielić świadectwem uzdrowienia, bądź doznania szczególnej łaski podczas Mszy Św. o uzdrowienie-proszę pisać na maila odnowa.chojnice(małpa)gmail.com